Jerzy Maksymiuk - szkic do portretu

„Na estradzie nie dba o estetykę własnej ekspresji, potrafi przyklęknąć na podium lub wykonywać gesty podobne do zamachu siekierą. Żartuje, że jest jak drwal, nie jak poeta. Uważa jednak, że najważniejsza jest skuteczność przekazu – nie dla publiczności, lecz dla muzyków, bo przecież dyryguje się po to, by orkiestra grała jak najlepiej” – tak widzi Jerzego Maksymiuka znana krytyczka muzyczna Dorota Szwarcman, autorka wstępu do książki „Maksymiuk” wydanej w 2017 r. przez Uniwersytet w Białymstoku, z okazji przyznania mu tytułu doktora honoris causa. 



Jeden z najsłynniejszych polskich dyrygentów urodził się w 1934 r. w Grodnie (wówczas w granicach Polski, obecnie na Białorusi), ale większość jego wspomnień z dzieciństwa wiąże się z Białymstokiem, dokąd rodzice uciekli tuż przed nastaniem władzy sowieckiej. Dorastał w biedzie – pianino było w rodzinnym domu nieosiągalnym luksusem. „Mój ojciec nie miał wykształcenia, ale był niezwykle muzykalny. Tak kochał muzykę, że narysował sobie na papierze klawiaturę fortepianu i grał na tym wyobrażonym instrumencie. Gdy zauważył, że mam słuch, zaczął mnie uczyć gry na skrzypcach. Był jednak porywczy i gdy zagrałem coś źle, bił mnie smyczkiem po głowie. Nauka w domu szybko się więc skończyła, ale zaprowadził mnie do szkoły muzycznej w Białymstoku”, wspominał w rozmowie „Zwierzę muzyczne”, przeprowadzonej przeze mnie, a opublikowanej 10 kwietnia 2016 r. w „Tygodniku Powszechnym”. Maksymiuk od dzieciństwa miał więc świadomość, że tylko od niego zależy, co osiągnie i do dziś podkreśla, że bez żmudnej pracy talent, obojętne jak wielki, na niewiele się przyda.

Edukację rozpoczętą w Białymstoku, a kontynuowaną w Warszawie, zwieńczył aż trzema dyplomami – z pianistyki, dyrygentury i kompozycji. Na scenie debiutował jako pianista i - choć utyskiwał na niezbyt dużą rozpiętość palców dłoni - w 1961 r. wygrał ogólnopolski konkurs w Bydgoszczy. Swoje powołanie ostatecznie odnalazł w dyrygenturze, po części za sprawą prof. Bogusława Madeya, mistrza i przyjaciela. W 1973 r. stanął na czele Polskiej Orkiestry Kameralnej, z której wywodzi się obecnie działająca Sinfonia Varsovia. Kilka lat morderczej pracy jego i starannie dobranej grupy muzyków dało piorunujący efekt. Orkiestra zasłynęła z niebywałej precyzji i szaleńczych temp. „To było granie na granicy niemożliwości” - przyznaje dziś Maksymiuk. We wspomnianej rozmowie z „Tygodnika Powszechnego” powiedział: „Jako dyrygent jestem trochę jak Patek, ten od słynnych szwajcarskich zegarków. Uwezmę się na jakiś szczegół i chcę zrobić go wyjątkowo precyzyjnie. Tylko potem orkiestra mówi: ‘Panie dyrektorze, my jeszcze nie znamy dobrze tego utworu’. (…) W muzyce jest wiele elementów jednocześnie: harmonia, melodia, rytm, dynamika. Z tym ostatnim jest największy problem. Kompozytorzy piszą: forte i piano, głośno i cicho. Ale jakie forte? Motyla czy żbika? Forte u Czajkowskiego nie może być takie samo jak forte u Beethovena. Wciąż to tłumaczę, ale muzycy nie bardzo chcą za mną podążyć.”

Choć metody i temperament Maksymiuka z pewnością musiały się wydawać niektórym muzykom (zwłaszcza na początku współpracy z dyrygentem) szalone, Polska Orkiestra Kameralna trafiła do elity światowej kameralistyki. Potwierdzeniem sukcesu było m.in. podpisanie wieloletniego kontraktu z wytwórnią EMI, nagrania w londyńskim studiu na Abbey Road, gdzie muzycy mijali się w korytarzu z Paulem McCartney’em oraz występy m.in. w nowojorskiej Carnegie Hall, Barbican Centre w Londynie i Concertgebouw w Amsterdamie. 7 sierpnia 1983 r., Polska Orkiestra Kameralna wraz z wirtuozem skrzypiec Yehudi Menuhinem zagrała w Castel Gandolfo prywatny koncert dla papieża Jana Pawła II. Występ został zarejestrowany przez znakomitego francuskiego dokumentalistę Bruno Monsaignenona (autora filmowych portretów Menuhina, Goulda i wielu innych muzyków).



Kolejną orkiestrą, której obecną pozycję Maksymiuk w dużej mierze zbudował, jest BBC Scottish Symphony Orchestra. Głównym dyrygentem tego zespołu był od 1983 do 1993 r. Trevor Horn, menedżer BBC SSO do 1985 r., z którym rozmawiałem w Glasgow dwa lata temu: „Nazwałbym Jerzego architektem, budowniczym dzisiejszej BBC SSO. Gdy przyjechał do Glasgow, budynek-orkiestra był w rozsypce, Jerzy odbudował go. Zelektryzował publiczność, jak Simon Rattle w Birmingham. Publiczność przychodziła na koncerty, by zobaczyć, jak dyryguje, nie zważając, czy grany jest utwór klasyczny, czy współczesny.” Oddajmy jeszcze na chwilę głos klarneciście Geoffrey’owi Haydockowi: „Spędziłem w BBC SSO 30 lat. Zanim pojawił się Jerzy, traktowałem granie w orkiestrze jako sposób zarabiania na życie. Czas, gdy on był dyrygentem, uważam za wyjątkowy i najlepszy w mojej karierze. Zawsze szukał u źródła, w partyturze, którą samodzielnie rozgryzał. Nigdy nie zadowalał się kopiowaniem od kogoś, ani nie szedł za tradycyjnym wykonaniem, jeśli w nutach wyczytał coś innego." 

Od początku lat dziewięćdziesiątych Maksymiuk zaczął zbierać laury za uczynienie z BBC SSO zespołu na wysokim międzynarodowym poziomie i zasługi dla popularyzowania współczesnej muzyki szkockiej (wprowadził do repertuaru bardzo wiele nowych utworów, a nie jest to powszechna praktyką, bo i muzycy i publiczność często wolą to, co znane i sprawdzone). W kwietniu 1990 r. otrzymał honorowy doktorat University of Strathclyde w Glasgow. W 1992 roku został po raz pierwszy laureatem prestiżowej nagrody brytyjskiego miesięcznika „Gramophone” (w kategorii „koncert”) za nagranie dla wytwórni Hyperion II i III Koncertu fortepianowego rosyjskiego kompozytora Nikołaja Medtnera. Drugą w karierze nagrodę Gramophone przyniósł Maksymiukowi w 1993 roku, tym razem w kategorii muzyka współczesna, album z muzyką szkockiego kompozytora James Mac Millana („The Confession of Isobel Gowdie” i „Tryst”). 

 
Znany głównie jako dyrygent, Maksymiuk skomponował też muzykę do ponad 40 filmów fabularnych (w tym słynnego „Sanatorium pod klepsydrą” Hasa) oraz szereg utworów symfonicznych i kameralnych. Zapytany, jakie spośród własnych dzieł szczególnie ceni, chętnie wymienia oratorium „Arbor vitae”, którego druga wersja miała prawykonanie w lutym 2018 r. Dwa lata temu skończył 80 lat i wciąż jest pełen werwy. „Mnie strasznie denerwuje mówienie, że z powodu wieku ktoś zwalnia. Nie zwalniam, taką mam cechę w DNA i z nią umrę. Padnę, a nie zwolnię” - powiedział w rozmowie z Remigiuszem Grzelą. We wspomnianym wyżej wywiadzie z „Tygodnika Powszechnego” wyznał natomiast: „Kiedy się obudzę i wiem, że mogę normalnie pracować, że jestem w dobrej formie, to czuję się niezwykle szczęśliwy. Były takie trzy miesiące, że praktycznie nie mogłem zmrużyć oka, pomimo proszków. Nic nie wchodziło mi do głowy. Więc teraz, jak dobrze prześpię noc, a nawet parę godzin, to już jestem wdzięczny.”

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bergman: rok z życia [NH 2018]

North Sea Jazz 2018: Cecile McLorin Salvant, GoGo Penguin, Ibeyi

Serialowe życie - Ostre przedmioty (Sharp Objects) na HBO