niedziela, 6 stycznia 2013

Z Bogiem czy bez boga?

Zapraszam do mojego starego bloga, którego postanowiłem reaktywować pod nowym tytułem (pierwotnie nosił nazwę "Olaboga, życie bez boga"): Z Bogiem czy bez boga?.

Niektóre treści przeniosę z tego miejsca na "stare śmieci", by mieć wszystkie najważniejsze dla mnie wpisy w jednym miejscu.

Tego blogu nie będę już prowadzić, poświęcając całą uwagę Z Bogiem czy bez boga?.

niedziela, 18 listopada 2012

Szalona nadzieja

Każdy żyje tak jak chce. Mam nadzieję, że po śmierci jest coś, o czym nie wiem. Mam nadzieję, że poza czasem jest jakaś moc, którą w przybliżeniu i dla uproszczenia możemy nazywać Bogiem. Nie mam wiary innej niż ta szalona nadzieja. -- Jean D'Ormesson, Traktat o szczęściu

środa, 14 listopada 2012

Usiąść i pisać...

...łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Gdy chodzę z psem albo siedzę w metrze, przychodzą mi do głowy pomysły, ale nie mam wtedy szansy, by je zapisać. Gdy znajdę chwilę, by usiąść przed komputerem, pomysły są już dawno zapomniane albo nie widzę w nich niczego na tyle ciekawego czy odkrywczego, by się nimi dzielić. I tak dzień w dzień, ta sama męka. Wielkie pragnienie, by pisać, które jakoś nie może się spełnić. To już chyba ze dwa albo trzy lata, gdy na terapii zdiagnozowałem się tak: chciałbym przeskoczyć etap codziennego znoju, mozolnego zmagania się ze słowami bez gwarancji powodzenia i od razu przeskoczyć do fazy "wielkiego dzieła"... wiem, że tak się nie da, ale ciągle krążę w tym samym zaklętym kręgu. Małe wydaje się za małe, mało powabne, nie mówiące "całej prawdy", a wielkie jest za wielkie, za dalekie, nieosiągalne. Pisząc to, co piszę teraz, działam wbrew swojemu impulsowi zniechęcenia, przełamuję się. Ten rozsądny człowieczek we mnie powtarza do znudzenia: od czegoś trzeba zacząć. A niecierpliwy duch zaraz odpowiada: ale czy do czegoś się w ten sposób dojdzie? Czy z tych klocuszków zbuduje się jakąkolwiek sensowną budowlę? Nie wierzę, ale próbuję. Zapisuję to sobie na plus. Czy raczej plusik.

poniedziałek, 24 września 2012

Drobne przyjemności i jedno rozczarowanie

Przyjemności, jakżeby inaczej, muzyczne. Z albumów ściągniętych jeszcze poprzez iTunes szczególnie uradowała mnie płyta Imany "The Shape of A Broken Heart". Brzmieniem głosu i klimatem piosenek przypomina bardzo Tracy Chapman z jej pierwszej rewelacyjnej płyty, ale to nie zarzut, raczej pochwała.

Niedawno, dzięki podpowiedzi znajomej z Facebooka, zacząłem korzystać z Muzodajni. Oczywiście zachłannie, w jeden tydzień prawie całkowicie wykorzystałem pokaźny, jak mi się z początku wydawało, limit 250 piosenek (powinien wystarczyć na miesiąc). Z nowości sporą przyjemność sprawił mi Mark Knopfler albumem "Privateering". Po prostu - lub aż - świetne rzemiosło, solówki gitarowe rozbrzmiewające we właściwych miejscach i kończące się akurat w tym momencie, by nie znudzić, a zostawić trochę niedosytu i oczekiwania na więcej. Brzmienie gitary Knopflera uwielbiam i na fali wspomnień sięgnąłem po dwa stare albumy Dire Straits. Z pierwszej płyty wybieram dziś "Six Blade Knife", a z "Communique" - "Once Upon a Time in the West". Ale właściwie tą muzykę można jeść łyżkami i nigdy nie ma się dość (przynajmniej ja nie mam). I jeszcze ze staroci: dwupłytowy, koncertowy album The Specials. Świeżość i energia w każdym utworze i wspaniale reagująca publiczność. Muzyka, która wybuja mnie z największego odrętwienia.

A rozczarowanie to "Drugi dziennik Pilcha" drukowany w "Tygodniku Powszechnym". Jakieś to pisanie zdaje mi się minoderyjne i przyczynkarskie... Mam nieodparte wrażenie, że gdyby takie teksty przyniósł do redakcji ktoś, kto nie nazywa się Pilch, to by go w ogóle nie wydrukowano. Pilchu, rozkręć się, wiem, że potrafisz.

czwartek, 13 września 2012

Wracam...

... do tych zapisków. Nie wiem jeszcze, w jaką stronę to moje pisanie pójdzie, ale chcę próbować, zmagać się, mierzyć z wyzwaniem, zawsze właściwie tym samym: nazwaniem tego, co we mnie siedzi, domaga się nazwania, a jednocześnie przed słowem się broni, słowem, które zawsze ujednoznacznia, przyszpila, etykietuje.

O Panu Bogu mniej pewnie będzie, bo chyba zawieszenie broni tu nastąpiło, przynajmniej z mojej strony ;-) Więcej za to o mnie, czyli kimś, na kim znam się pewnie najlepiej - choć czy rzeczywiście? Czy mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć "jestem ze sobą"?

Dużo pytań, żadnych jasnych odpowiedzi. Jak to zwykle u mnie. Taka karma.

poniedziałek, 23 maja 2011

P.B., to nie takie proste

P.B., jeśli jesteś wszechwiedzący (a podobno z definicji jesteś), to wiedziałeś, że nie będziesz mieć ze mną lekko. Ja sam nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. Czy Ty mnie nie wodzisz za nos? Czy prowadzisz ze mną (i mnie podobnymi niedowiarkami) taką grę - trochę się odsłonię, a potem znów się schowam? Czy Tobie to sprawia jakąś satysfakcję, że dajesz znaki, a potem je zacierasz?

P.B., bardzo chciałbym, żebyś był, bo pragnę sensu, pewnie bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Czy to pragnienie jest tak naprawdę egoistyczne i przekreśla mnie w Twoich oczach?

Nie umiem kochać Cię tak jak kocham własne dziecko, bo jak kochać kogoś, kogo istnienie jedynie się przeczuwa?

Tyle pytań, żadnych odpowiedzi. Przez chwilę zdawało mi się, że jestem blisko Ciebie... Teraz znów się oddaliłeś albo ja się oddaliłem - ale jeśli to drugie, to przecież nie bez Twojego przyzwolenia. Koło się zamyka. Zostaje gorycz i ból.

sobota, 21 maja 2011

Lady Gaga - jest się czym przejmować?

"Lady Gaga potrafi połączyć wszystko ze wszystkim i stworzyć coś bliskiego perfekcji", czytam dziś na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej", a ze zdjęcia powyżej straszy mnie monstrum, którym zachwycają się miliony ludzi na całym świecie. Wprawdzie kolejne zdanie ("Ciągle brakuje jej tylko... oryginalności") łagodzi nieco wymowę pierwszego, ale jeżeli brak oryginalności to jedyna krytyczna uwaga na jaką zasługuje "bliska perfekcji" twórczość Lady G., to i tak nie zaznam spokoju.

Ja się nie tylko nie zachwycam jej - zawahałem się, ale trudno, powtórzę to słowo - twórczością, ale nie potrafię jakoś przejść obojętnie obok faktu, że Lady G. od tylu lat skupia na sobie uwagę mediów, jak widać nie tylko brukowych (choć postępująca tabloidyzacja tzw. poważnych dzienników to też fakt). Dlaczego mnie Lady G. wkurza? Nie mogę pojąć, jak to się dzieje, że ktoś, kto dla mnie jest absolutnym beztalenciem, uosobieniem bezguścia i - właśnie - braku oryginalności, zasługuje na artykuł na całą stronę w gazecie pod zobowiązującym nagłówkiem "kultura". Jak to się dzieje, że - jak pisze Robert Sankowski - to "bez wątpienia największa współczesna gwiazda pop". Czy mam nadmierne oczekiwania wobec kultury pop? Czy mam po prostu pogodzić się z tym, że chłam jest lansowany bez umiaru i podtykany masom jako obiekt kultu? I to nie przez jakichś półgłówków, tylko przez faceta, który przesłuchał tysiące wartościowych płyt, był na setkach dobrych koncertów i wierzę, że nie słucha Lady G. dla przyjemności. Czy to ja mam problem, że się na to gniewam, czy jednak kultura ma problem ze sobą, że wynosi na szczyty takie gie-artystki?